Aleksandra, Ewa, Agnieszka, Elwira i Anna to bohaterki książki pt. „Łowczynie szpiegów” Tomasza Awłasewicza. Pięć kobiet, pięć historii i pięć różnych perspektyw związanych z pracą funkcjonariuszek polskich służb specjalnych zatrudnionych w latach 70. i 80. w strukturach Biura „B” Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które odpowiadało przede wszystkim za obserwację osób (figurantów), rozpoznanie i zabezpieczenie operacyjne przebywających na terenie Polski dyplomatów oraz cudzoziemców – tytułowych szpiegów. Wszystkie Panie po transformacji ustrojowej w 1990 roku i pozytywnej weryfikacji kontynuowały służbę dla Polski przez wiele lat, lecz ta część ich działalności nadal pozostaje niejawna.
Całość została utrzymana w konwencji rozmowy, co sprawia, że czytając mamy wrażenie czynnego uczestniczenia w spotkaniu, na którym przysłuchujemy się wspomnieniom sympatycznych, a nawet bliskich nam osób. To skuteczny zabieg, który ułatwia odbiór przedstawianych treści, pomimo ich ciężaru gatunkowego i – niejednokrotnie – moralnych lub etycznych wyzwań, z którymi przyjdzie nam się mierzyć w trakcie lektury. Zaskakujące może wydać się, że we wspomnieniach pojawia się sporo anegdot i wątków humorystycznych. Wszystko to sprawia, że opowieść ma wymiar szczery i ludzki, co stanowi o wyjątkowej wartości tej pozycji.
Nie brakuje komentarzy, w których autor doprecyzowuje przedstawianą nam problematykę, wyjaśnia specyficzną terminologię i żargon służb specjalnych. Ciekawym wątkiem są wspomnienia dawnych szpiegów z okresu PRL i osób im bliskich. O profesjonalizmie bohaterek świadczyć mogą tutaj słowa Jeffry’ego Platta, oficera amerykańskich służb specjalnych, który w drugiej połowie lat 80. został skierowany do Polski i zajmował się wykonywaniem zdjęć obiektów o znaczeniu militarnym oraz prowadzeniem nasłuchów pracujących urządzeń radiotechnicznych. Podczas rozmowy z autorem miał On stwierdzić:
Muszę powiedzieć szczerze, że nigdy nie zauważyłem, by śledziła mnie jakaś Polka. Za swoimi plecami widziałem tylko mężczyzn.
Bohaterki „Łowczyń szpiegów” dzielą się z nami swoimi motywacjami, które skierowały je do służby, osobistymi przeżyciami, w tym związanymi z życiem rodzinnym, wyzwaniami wynikającymi ze specyfiki obserwacji, preferencjami w zakresie metod pracy i techniki operacyjnej oraz przemyśleniami, które do dziś mogą stanowić istotną wskazówkę dla wszystkich, bez względu na to, w jakiej instytucji pracują. Szczególnego podkreślenia warte są słowa Ewy:
Całe życie musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem, że coś potrafię. W latach osiemdziesiątych zostałam chyba pierwszą w Polsce kobietą, która objęła w obserwacji stanowisko kierownika sekcji. Nigdy nie przyszło mi do głowy upominać się o nie, ale widocznie naczelnik widział, że jestem dobra. Miałam oczywiście zagwozdkę, jak przekonać do siebie ludzi bardziej doświadczonych, którzy dla mnie pracowali. Wyszłam z założenia, że sekcja pracuje na kierownika – jego pozytywne postrzeganie przez przełożonych – a kierownik pracuje dla sekcji, żeby ludzie pracowali komfortowo, byli dobrze oceniani, wyróżniani, nagradzani i przede wszystkim szanowani. Ja też musiałam sobie zapracować na ich szacunek, bo nie jest on dany wraz ze stanowiskiem, o czym wiele osób zapomina.
Zapis rozmów z Aleksandrą, Ewą, Agnieszką, Elwirą i Anną uzupełniony jest ciekawymi fotografiami, które przedstawiają nie tylko ówczesną technikę operacyjną, lecz także objętych obserwacją figurantów. Bardzo dobrze wpływa to na wyobraźnię czytelnika i sprawia, że lektura jest ciekawsza, nabiera atmosfery niesamowitości i tajemniczości.

Warto podkreślić, że z pewnością nie jest to książka historyczna, ani sensacyjna, ponieważ opiera się na osobistych doświadczeniach bohaterek, jest zapisem ich wspomnień i subiektywnych opinii. Pod żadnym pretekstem nie należy więc w ten sposób tej pozycji traktować.
„Łowczynie szpiegów” to opowieść, która w szerokiej perspektywie ma nas zmusić do własnych przemyśleń i refleksji – nie daje łatwych odpowiedzi, ale na pewno uczy tego, co ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa wewnętrznego i ciągłości trwania państwa. W węższym ujęciu zwraca nam uwagę, że chociaż technika operacyjna wciąż się rozwija, zmieniają się metody i narzędzia pracy, to istota kontrwywiadu pozostaje niezmienna. W czasach PRL obserwowano figurantów na ulicach Warszawy i Krakowa, co wymagało mobilizacji dużych sił i środków. Obecnie służby specjalne pracują w cyberprzestrzeni, mają do dyspozycji możliwość analizy aktywności sieciowej, logów, metadanych czy infrastruktury teleinformatycznej. Mimo tego nadal najważniejsze pozostają: cierpliwość, dokładność, praca zespołowa, umiejętność przewidywania zachowań adwersarzy i zrozumienie wyższego celu, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa państwa poprzez umiejętne rozpoznanie oraz przeciwdziałanie zagrożeniom. Ten humanistyczny wymiar kontrwywiadu wybrzmiewa w książce bardzo mocno – najważniejsi są bowiem ludzie, ich postawa i warsztat operacyjny.
„Obserwacja była i jest najbardziej niedocenianym odcinkiem pracy służb specjalnych” – stwierdziła Agnieszka. Tę opinię podzielił jej mąż, Tadeusz, funkcjonariusz, którego poznała w trakcie służby.
Powyższe słowa to doskonałe podsumowanie zawodowej rzeczywistości naszych bohaterek. Warto więc dodać, że bez ich wysiłku nie byłyby możliwe spektakularne sukcesy Departamentu II Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w tym Wydziału IX, zakonspirowanej grupy kontrwywiadu PRL, która specjalizowała się w sekretnych włamaniach i fizycznej penetracji hoteli oraz zagranicznych placówek dyplomatycznych (*).
Książkę pt. „Łowczynie szpiegów” Tomasza Awłasewicza gorąco polecam każdemu, kto interesuje się problematyką szeroko rozumianego bezpieczeństwa wewnętrznego, szuka inspiracji, motywacji lub po prostu ma zamiar wysłuchać ciekawej, angażującej opowieści, która zmusi go do głębszej refleksji.
(*) Losy funkcjonariuszy Wydziału IX zostały przedstawione przez Tomasza Awłasewicza w książce pt. „Niewidzialni”. Tę pozycję także szczerze polecam uwadze czytelników i zapraszam do zapoznania się z krótką recenzją mojego autorstwa.
